W taki sposób można dziś jeszcze robić teatr? I przyjdą na to ludzie? – zapytał mnie ktoś po sobotniej premierze wieczoru kolęd i poezji “Gdy śliczna Panna” w zabrzańskim Teatrze Nowym. Ano, można – teatr pełen refleksji, bez dramaturgicznych spięć, a przepojony olbrzymią emocją, teatr “stojącej wody”, bez farsowego rozbiegania.
Piękną tradycją “Nowego” jest przygotowywanie specjalnych wieczorów na niezwykły czas Bożego Narodzenia. Każdego roku innych, mimo iż będą grane tylko kilka razy; do Matki Boskiej Gromnicznej, wszak później kolęd już nie śpiewamy. Można byłoby wznowić już niegdyś wykonaną i przed publicznością sprawdzoną pracę. Zabrzańscy artyści co roku podejmują jednak twórczy trud od nowa.
Właściwie, wieczór zaproponowany przez Andrzeja Lipskiego (scenariusz i reżyseria) to “typowa składanka”, zręczne połączenia różnorodnych poezji i prozy, m.in. Fryderyka Schillera, ks. Jana Twardowskiego, Tadeusza Kijonki (szczególnie dziś przejmująco brzmiące słowa o wigilijnym Dobru, które nawiedzi każdego, ale w pierwszej kolejności – tych najbardziej potrzebujących, pokrzywdzonych, pominiętych, poniżonych czy zbłąkanych), Jerzego Ficowskiego, Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, Andrzeja Sikorowskiego, a także samego Andrzeja Lipskiego i jego kolegi w aktorskim fachu, a podwładnego zarazem, Zbigniewa Stryja. Wszystko to ułożył Andrzej Lipski też typowo, na kanwie wigilijnego wieczoru, od dekorowania choinki, po wizytę kolędników, to co, rodzinne splatając ze społecznym, typowo polskie z regionalnym, śląskim czy góralskim i ogólnoludzkim.
Typowo jest więc w “Nowym”, a przecież nadzwyczajnie, co łezka w oku niejednego widza najdobitniej potwierdza. To już za sprawą przesłania i niezwykłej atmosfery, jaką wśród widzów budują aktorzy. Zabrzańskie widowisko urokliwie, a bez nachalności, i czytelnie przywołuje wartość i piękno naszych, polskich tradycji tego niezwykłego, jedynego okresu, gdy rodzina znaczy: razem. W dobie, gdy coraz mniej mamy czasu dla siebie, a Wigilia zaczyna zamieniać się w Christmas Party, refleksje widowiska “Gdy śliczna Panna” są czymś więcej, niż rzewną nostalgią. Dobrze ową ideę wyczuli aktorzy. Dokładnie tyle, ile trzeba dla dramaturgicznego biegu, zagrali postaci Gospodarzy (Hanna Boratyńska i Andrzej Lipski), zadomowionej Krewnej (Marzena Mikuła-Drabek – oczywiście przy pianinie, wcześniej pięknie dopilnowawszy, by kolędy brzmiały czyściuteńko, nawet w najwyższych rejestrach), Dzieci (Beata Kotlarz i Robert Lubawy), Gościa (Jacek Dzisiewicz) i Niespodziewanej (Renata Spinek) oraz Kolędników (Danuta Lewandowska, Jolanta Niestrój-Malisz, Zbigniew Stryj i Jacek Wojnicki).
Przede wszytskim, zabrzańscy aktorzy bez scenicznego patosu, ale po prostu, normalnie, jak przy wigilijnym stole w naszym domu, mówili teksty, oddając ich głębokie sensy i piękno, niezależnie, czy były pisane poetycką polszczyzną, wyszukanym staropolskim, gwarą śląską czy góralską. To dzięki aktorom czuło się, że tworzymy owego wieczora jedno, a podany opłatek ośmielił i widzów do podśpiewywania (myślę, że na popremierowych przedstawieniach uczynią to już pełną piersią) kolęd.
Ten wieczór, pełen kolęd, piękna, głębokich refleksji i najczystszych wzruszeń, czytelny dla widza w każdym wieku (Wujku, bardzo, bardzo mi się podobało – powiedziała mi jedenastoletnia Agata – a najbardziej to, że przypomniała mi się babcia i że wreszcie wiem, po co kładziesz pod obrus sianko) prezentowany będzie jeszcze tuż po Bożym Narodzeniu, 27 i 28 grudnia o godz. 18 i siedem razy w styczniu. Polecam.
* * *
Ciepło kolędowego wieczoru kłóci się szczególnie z przygnębiającym wyglądem Teatru Nowego. O jego renowacji władze miasta mówią już od dłuższego czasu. Zacieki straszą (brzydotą i dosłownie – a jak coś odpadnie?), łuszcząca się elewacja patrzących dołuje. Najwyższa pora rozpocząć remont!
Autor artykułu: MAREK SKOCZA